Polski Klub Alpejski on Facebook





© 2002-2010 - All rights reserved.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Właścicielem serwisu internetowego
i wszystkich materiałów w nim zawartych jest Polski Klub Alpejski.
Zdjęcia w galeriach są chronione odrębnym prawem autorskim.

 


  tu jesteś:    Strona Główna  »   Wyprawy  »   Dla zaawansowanych

"ALBANIA - W OJCZYŹNIE SKANDERBERGA"






Bogusław Magrel
 
Dlaczego Albania?

Szkiperia, Szkipetania, Albania… . W Europie mało zostało tak dzikich miejsc jak ona. Niepopularna, trochę zacofana, bez profesjonalnej infrastruktury turystycznej, ale z klimatem i pięknem właściwym tylko takim miejscom.

Droga...

…a raczej prawdziwe kino drogi. Na jednym z przejść granicznych zapytany przez policjanta ilu nas jedzie? Odparłem, że czworo. Piotrek, Grzesiek, ja i … no właśnie, kto jest tym czwartym? Czy to zmęczenie? Czy może coś jeszcze…?

Zatem 1440 km za nami. Po dwóch dniach jazdy docieramy do Albanii. Spalanie w aucie 5,5 litra, więc na baku naszego fiata dojechaliśmy aż do Serbii. Dopiero za Belgradem tankowaliśmy ponownie. W Serbii i w Macedonii musieliśmy kupić zielone karty na auto. O ile w Serbii to było ok. 12 euro, to w Macedonii opłata wyniosła już 50 euro na dwa tygodnie! Jadąc przez Belgrad do Niszu teren raczej był płaski, tylko gdzieś daleko na horyzoncie widzieliśmy góry, tu już też jesień, prawie jak w Polsce, jednak cieplej niż u nas. Drogi bardzo dobre, choć w Albanii faktycznie są najsłabsze. Policjanci, wojskowi byli dla nas mili a bałkańska mieszanka napisów i słów dawała szanse zrozumienia czegoś, ale tu, w Albanii tak łatwo nie będzie, choć już wiemy, że koń w iliryjskim języku znaczy „kuń”, czyli w sumie podobnie.

Widać też, że Albańczycy mają sporo kontaktu z Włochami, bo wielu z nich rozumie ten język, tak samo jak angielski. Oczywiście oba kraje, Włochy i Anglia, są miejscem emigracji zarobkowej.

Docieramy do Perszkopi, od macedońskiej granicy to zaledwie 25 kilometrów. Miasto o randze wojewódzkiego, za Enwera Hodży mieściła się tu szkoła dywersji albańskiego wywiadu. Stąd niedaleko nad Jezioro Ochrydzkie, obok jeziora Bajkał czy jeziora Wiktorii, jest to jeden z najstarszych zbiorników wodnych na świecie. Podobno ma faunę taką samą jak w trzeciorzędzie.

Trafiamy do nowego hotelu. Dostajemy przestrony i czysty, 3-os. pokój z ładną łazienką. Kolacja wystawna, podano potężną sałatę, makaron z mięsem i na koniec steki z grilla, ledwo zjedliśmy to wszystko, a do picia mieliśmy miejscowe piwko o nazwie „Tirana”, również bardzo dobre. Za wszystko zapłaciliśmy 18 euro, czyli 6 na głowę. Dwuminaretowy meczet, podświetlony na niebiesko, widoczny z okien naszego pokoju, przypomina nam o niesłychanej mozaice wyznaniowej i kulturowej Bałkanów ale też jest symbolem trudnej historii Albanii. W kraju w większości muzułmańskim największym bohaterem narodowym jest Skanderbeg – katolik zacięty wróg Turków.

Ludzie starają się być mili, pokazali gdzie zaparkować auto, ale kiedy pytaliśmy o konie i przewodników na nasz cel, Korabi, najwyższy szczyt Albanii, nie było im łatwo podać wskazówki. Natomiast nocne życie bardziej tętniło w Macedonii. Tu jakby spokojniej, kobiet tego wieczoru nie widzieliśmy, tylko faceci, szczupli, czarni, widać, że często chodzą do fryzjera, wyglądem przypominają mi Persów. No i dosyć głośno mówią też jak tamci.

Bliżej celu

Dojechaliśmy do Kara e Dodes. 4 godziny zajęło nam pokonanie ostatnich 38 kilometrów, ale droga była kiepska, na szczęście jednak na tyle dobra, że nasz fiat mógł ją przebyć.

Potem wypiliśmy kawkę i poszliśmy na rekonesans. Noc spędzamy u Hagiego w domu. Jego żona zrobiła kolację, baranina z ryżem, dosyć trudna do zjedzenia, bo kości cięte tasakiem od tak, była zupa fasolowo-pomidorowa, ale też na baraninie, było zsiadłe mleko, jak w Iranie, i słodki ryż na zimno, nawet dobry. Był też owczy ser oraz chlebki drożdżowe. Pojedliśmy i popiliśmy, mnie najbardziej odpowiadało mleko, bo żarcie w podróży mnie przykorkowało. Grzesiek i ja śpimy na ziemi, ale na materacach, Piotr kładzie się na baranich skórach. Przed naszym nieco zniszczonym już domem suszą kukurydzę. Jutro o 7.00 ruszamy na koniach w kierunku Korabi. Ma nam to zająć około 3 godzin. Kolejne 2 szykujemy na powrót. Jeśli plan wypali, to na noc chcemy wrócić do Perszkopi.

Atak na Korab

Rano jemy albański chleb, polski dżem i pasztet. Koło 7.30 wsiadamy na konie i ruszamy w górę doliny. Nie jedziemy jednak tym szlakiem, który penetrowaliśmy z Grześkiem dzień wcześniej, tylko wąskim przesmykiem uciekamy na halę położoną zupełnie z boku głównej doliny. Ścieżka wznosi się stromo zakosami najpierw pod ścianami wapiennymi potem trawiastym terenem przeplatanym skałkami. Po około 2,30 godz. docieramy na wysokość 1900 m. do potężnej hali, pasie się tu dużo owiec, są też psy pasterskie, groźne dla turystów. Z tego miejsca mamy iść do góry. Oczywiście okazuje się, że nasz przewodnik, który jeszcze dzień wcześniej zapewniał nas, że drogę zna, nie zna jej wcale, nie ma pojęcia którędy iść i nie potrafi nam wskazać która góra kto Korab. A za jego usługę życzy sobie 50 euro… . Po tych koniach z drewnianymi siodłami dupa chce odpaść, a za konie też trzeba zapłacić… . Ogólnie to trochę „zdarli z nas skórę” ale w tym kraju nie ma co bawić się w utarczki z miejscowymi, bo tu słowo „vendetta” jest rozumiane bardzo dosadnie.

Ale wróćmy w góry, nie mając właściwych informacji podjęliśmy akcję w dolinie wyprowadzającej pod szczyt położony w masywie Korabu, o wysokości 2665 m. Weszliśmy na niego północną ścianą, wykorzystując trawiasto-skalny zachód. Osiągając grań na 2615 m. zorientowałem się dopiero, że najwyższy wierzchołek masywu leży znacznie dalej.

Ogólnie z miejsca, gdzie zostawiliśmy konie, tuż obok szałasu pasterskiego, trzeba było iść w lewo, obchodząc cały masyw z wybitną skalną turnią (szczytem), od lewej strony. To za nim znajduje się kolejna spora, porośnięta trawą, dolina, nad którą góruje Korabi. Z niej należy się wspinać przez skalne wapienne terasy na potężne ramię i nim na kopułę szczytową. Czas przejścia z hali oceniam na 3-4 godz. w jedną stronę i 2,5 w drugą. W sumie, to nawet cieszyliśmy się, że weszliśmy na boczny wierzchołek, bo był znacznie trudniejszy technicznie od głównego i dał nam sporo frajdy. My po zejściu zjedliśmy posiłek i zjechaliśmy końmi do 1600 m. Ostatnie 370 metrów w pionie zszedłem z Grześkiem na piechotę, dając odpocząć zmęczonym koniom. Trzeba też przyznać, że jazda w drewnianym siodle, bez strzemion jest pewnym wyzwaniem. Po zejściu do wioski rozliczyliśmy się i od razu wsiedliśmy do auta i w 2,15 godz. dojechaliśmy do Pershkopi. Tu zatrzymaliśmy się w Hotelu Brasil. Nocleg i prysznic dobrze nam zrobił.

Oprócz gór

Kolejny dzień zaczęliśmy od jazdy w kierunku Tirany. Przebrnęliśmy około 100 km. przez góry w kierunku Lezhre. W górach drogi kręte, często brak asfaltu, jechało się długo, ok. 3,5 godziny. Im bliżej wybrzeża, tym krajobraz był bardziej industrialny. Jakiś okropne fabryki, budynki nie podobne do niczego, paskudne miasteczka, ogólnie dramat. Wszystko do zaorania. Ale czy w Polsce nie ma takich miejsc? Są! A nasze zadanie polega na tym, żeby to zmieniać.

Stąd jeszcze podjechaliśmy w kierunku morza. Chcieliśmy zobaczyć riwierę, ale trafiliśmy na bagniska, gdzie na grobli, stało kilka knajp w hawajskim stylu oraz bateria bunkrów, które Enwer budował w całym kraju bojąc się inwazji. „Enwer widział Albanię wielką”, przewrotnie skwitował Grzesiu patrząc na betonowe skorupy, z których każda miała wartość dwupokojowego mieszkania. Tu zjedliśmy rybkę wysłuchując opowieści Grześka o tym, że każda albańska rodzina miała jeden bunkier pod opieką i w razie ataku na Albanię jej zadaniem była obrona bunkra do upadłego.

Potem pojechaliśmy jeszcze do mauzoleum Skanderbega, ładny teren, na którym się pasły świnie. Tak sobie pomyśleliśmy, że ten obrazek świń pasących się na terenie grobu największego albańskiego bohatera to taki symbol tego kraju. Tacy są tutejsi ludzie i taki to kraj. Nie rozgrzeszam ich albo może inaczej: nie oceniam, ale dobrze, że pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza świnie się nie pasą.

No i dalej pojechaliśmy do Szkodry, tu zwiedziliśmy warownię położoną na wzgórzu i widzieliśmy Ołowiany Meczet. Panorama na miasto, Jezioro Szkoderskie i okoliczne góry była ładna. Stąd już blisko pod Jezierce, najwyższy szczyt Alp Albańskich. Rejon ten uznawany jest za bastion albańskich katolików, pielęgnujących tradycję i ciągle stosujących Kanun, prawo zwyczajowe. „Jeśli po ślubie okaże się, że panna młoda nie jest dziewicą, to pan młody ma obowiązek ją zabić”. Tak wygląda Kanun. A my kierujemy się do Czarnogóry, wąskimi drogami docieramy na wybrzeże Adriatyku. Po drodze mieliśmy mini stłuczkę z autem jadącym w przeciwnym kierunku i straciliśmy lusterko. Dobrze, że tylko tyle… . Zatrzymujemy się na nocleg koło miasta Bar. Kolejnego dnia chcemy dotrzeć aż do Budapesztu. Droga na Belgrad wygląda na ciężką, bo tu wszędzie góry. Ale jakoś trzeba wrócić do domu. Więc jedziemy najpierw brzegiem Jeziora Szkoderskiego robiąc piękne zdjęcia, następnie przez stolicę Czarnogóry, Skopje, potem długo potężnymi wąwozami o wapiennych ścianach. Ile tu terenów wspinaczkowych i jakie piękne widoki. Zatrzymujemy się jeszcze w jednym z prawosławnych klasztorów, budowla z XII wieku, piękne malowidła i święty spokój dostępny dla wszystkich.

Jesteśmy trochę zmęczeni jazdą, ale cośmy zobaczyli świata to nasze, bez dwóch zdań. Wieczorem meldujemy się w Budapeszcie, stąd do Katowic tylko „rzut kamieniem”.

W wyprawie PKA do Albanii udział wzięli:

  • Piotr Grządziel
  • Grzegorz Piwko
  • Bogusław Magrel

 [O nas]  [Ludzie]  [Nasze strony]  [Dni Lajtowe]  [Wyprawy]  [Dla zaawansowanych]  [Dla początkujących]  [Rozkład jazdy]  [Szkolenia i kursy]  [Galeria]  [Filmy]  [Publikacje]   [Aktualności]  [Ubezpieczenie]  [Linki]  [Kontakt]  [Wykaz sprzętu]  [Forum]